środa, 18 lutego 2015

Polska - Warszawa - *Atelier Amaro

Piątek trzynastego w Atelier Amaro w Warszawie kończy mit o feralności i pechowości tego dnia. Rezerwacji stolika dokonaliśmy początkiem listopada 2014 roku. Zależało nam na walentynkowej kolacji 14 lutego 2015 roku (menu walentynkowe w cenie 1190 zł od pary). Niestety zespół Atelier Amaro poinformował nas jednak, że wszystkie soboty do końca czerwca 2015 roku są zarezerwowane. Wahaliśmy się, bo chcieliśmy delektować się jak największą liczbą momentów (momentem w Atelier Amaro określa się serwowane danie), a umożliwia to kolacja (8 momentów). Ostatecznie po facebookowej wymianie zdań z panią Pauliną Sawicką i panem Łukaszem Kawallerem – kucharzami znanymi z programu Hell’s Kitchen, zarezerwowaliśmy stolik na piątkowy lunch. Z niecierpliwością i kulinarnym podnieceniem oczekiwaliśmy tego dnia.

Niepozornie wyglądająca restauracja pana Wojciecha Modesta Amaro, ukryta pomiędzy drzewami Agrykoli, nie wzbudziła w nas zachwytu. Ot, zwyczajny, malutki, pokryty cegłą klinkierową domek – nic specjalnego. Pozory jednak mylą. Zgrabnie ułożone stoliki w modernistycznym (chciałoby się rzec modestowym) wnętrzu wraz z subtelnymi dekoracjami sprawiają, że wspomniana wyżej niepozorność staje się cechą pożądaną, bo w środku restauracji jest miło i nieprzytłaczająco. Po wejściu do restauracji zostaliśmy uprzejmie powitani przez grono kelnerów oraz zaprowadzeni do stolika i wybraliśmy aperitif w postaci wody mineralnej (19 zł za butelkę). Po chwili pan kelner przyniósł nam menu (wydrukowane na czerpanym papierze), zwracając uwagę na to, iż są to dania degustacyjne, a więc ich porcje są niewielkie. Zdecydowaliśmy się na pięć momentów.


Relacja poniżej (P.S. Zachęcamy do klikania w zdjęcia w celu ich powiększenia).

Czekadełko: woreczek wypiekanego na miejscu pieczywa z podgrzanymi kamieniami i masło z musem z pestek moreli: m.in. czarny chleb z orzechami i pestkami dyni, zabarwiony popiołem palonego siana czy maślane bułeczki.

Ona: Bułeczka maślana, okraszona lekko słonawym, morelowym masłem była istną oazą delikatności. Dobrze wypieczona, miękka i ciepła, wręcz rozpływała się w ustach. Dla mnie było to pieczywo idealne, ponieważ nie potrzebowało żadnych dodatków do tego, by dobrze smakować.
On: Chleb z popiołem nie jest typowym zapychaczem, to przepyszny, choć wydający się gorzkim i wytrawnym, element spektaklu jaki ma miejsce w Atelier. Wyczuwalna nuta popiołu z palonego siana sprawia, że balansujemy na granicy smaku kokosu, a w połączeniu z masłem podkreśla za razem jego delikatność jak i spektakularność.
Amuse Bouche nr 1: cienkie plastry słoniny złotnickiej i kalafiora z emulsją z orzecha laskowego.

Ona: Zaskoczył mnie aromat tego dania. Wyglądało niepozornie, ale wręcz uderzało mocną wonią apetycznej słoniny i dymu. Smak zdecydowanie słony, przełamany świeżą kwaskowatością. Podobał mi się kontrast między plastrami miękkiej, delikatnej, choć mocnej w smaku słoniny i chrupiącego, łagodnego kalafiora.
On: Mocne, odważne, niewykluczające się smaki, znakomicie wyostrzające smak, do tej pory jestem w stanie odtworzyć sobie w pamięci połączenie tej jakże słonej słoniny z kwaskowatością tego amuse bouche.
Amuse Bouche nr 2: kaszanka z czekoladą pomiędzy karmelizowaną cebulą.

Ona: Chipsy krwiożercy. Słodkie, kremowe, lekko deserowe wnętrze, okraszone przyjemną, chrupiącą skorupką. W amuse bouche czuć było jednocześnie smaki kaszanki jak i czekolady. O dziwo współgrały ze sobą, tworząc smak, którego nie potrafiłabym sobie wcześniej wyobrazić.
On: nieziemsko smaczne i odważne połączenie kaszanki z czekoladą, idealny balans smaków, każdy z nich możliwy do identyfikacji, a jednocześnie smaki razem harmonijnie współgrające, w momencie gryzienia niczym chips, w mgnieniu oka stający się na języku sztuką dla podniebienia.
Starter (1 moment)
SARNA/RZEPA/ESTARGON:
tatar z sarny z estragonem, orzeszkami piniowymi, podany z rzepą, chipsem z piwa słodowego, ziemią z maku i pumperniklu.

Ona: Oszczędnie przyprawione mięso, przełamane zostało dodatkiem orzeszków pinii. Pierwsze trzy kęsy wzbudziły mój zachwyt konsystencją mięsa i jego delikatnym, piniowym posmakiem, jednakże później intensywny, balsamiczny smak nasion zaczął dominować nad mięsem co mi nie odpowiadało. Sarnina rewelacyjnie komponowała się z jadalną ziemią, której makowo-słodowy posmak, dobrze uzupełniał całość dania. Rzepa była nie tylko estetycznym ale i odświeżającym dodatkiem, który oczyszczał kubki smakowe. Duże wrażenie zrobił na mnie chips z piwa słodowego, bo sam pomysł stworzenia czegoś chrupiącego z napoju, zasługuje moim zdaniem na uznanie. Czuć było w nim skondensowany smak słodu, który przyjemnie drażnił język.
On: Bardzo delikatna konsystencja mięsa oraz równomiernie wkomponowane w tatara orzechy piniowe (nie wiem, czy to zabieg przemyślany, czy po prostu ich przypadkowe ułożenie podczas mieszania składników) . Dla mnie to najlepsze połączenie tego lunchu, o którym długo dyskutowałem z Justyną. Ponadto pikanterii daniu dodaje rzepa, która tonowana jest przez ziemię i chips. Jednak nie we wszystkich daniach identyfikowalność składników jest taka łatwa.
Starter (2 moment dla niej)
STARLET/JARMUŻ/GORCZYCA:
wędzony starlet (ryba z rodziny jesiotrów) z pudrem z buraka, żelem z jabłka i gorczycy oraz jarmuż parowany na wywarze z selera z gorącymi kamieniami.

Ona: Sposób podania dania był niezwykły. Na początku kelner wniósł dużą wazę, wypełnioną gorącymi kamieniami, które zalał wywarem z selera, po to by w tej aromatycznej saunie znalazł się maleńki listek jarmużu – niezbędne uzupełnienie przystawki. Bardzo mnie to urzekło. Soczysty, słony starlet wspaniale komponował się z przesiąkniętym aromatem selera, gorzkawym jarmużem i słodkim, przyjemnie lepkim żelem, który również zawierał w sobie lekką goryczkę dzięki dodatkowi nasion gorczycy. Według mnie to danie było najmocniejszym punktem lunchu. Było absolutnie zachwycające zarówno dzięki sposobowi jego podania jak i poprzez wspaniały balans kontrastujących ze sobą smaków, które idealnie się uzupełniały.
Starter (2 moment dla niego)
BURAK/KOZI SER/DZIKA RÓŻA:
4 rodzaje buraków (biały, żółty, czerwony i różowy) podane na kozim serze z esencją z płatków dzikiej róży.

On: Wybrałem ten starter, bo nie lubię buraków, zwłaszcza ich twardej, cirerpkiej struktury wyczuwalnej podczas gryzienia. Liczyłem na to, że moja ulubiona róża odegra właściwą rolę w tym daniu, że mistrz Amaro pozwoli uwierzyć mi w smak buraków i się nie myliłem. Buraki komponowały się w bukiet smaków, a ich chrupkość przełamywana była płynnym kozim serem (przypominającym konsystencją śmietanę). Cechą bukietu potrawy jest jeszcze jej zapach. Bukiet buraków pachniał niewyobrażalnie pięknie dziką różą. Gdybym nie widział dania i miałbym je najpierw powąchać, stwierdziłbym, że leży przede mną róża, przesadnie nasycona olejkami eterycznymi. Nie byłbym w stanie odgadnąć żadnego składnika dania. Kompozycja wizualno-zapachowo-smakowa tego momentu mnie urzekła. Chapeau bas. Malutkim minusem natomiast było naczynie, z którego ciężko było nabierać kozi ser.
Danie główne nr 1 (3 moment)
TROĆ/IMBIR/GOŹDZIK:
surowa troć (ryba z rodziny łososiowatych) przypalana palnikiem w wywarze z imbiru i pomidora z liśćmi nasturcji, sałatą lodową kiszoną w maślance oraz bulwami czyśćca (rośliny z rodziny jasnotowatych).

Ona: Nie jestem zwolenniczką tego dania. Szanuję jego przemyślaną koncepcję, która miała polegać na skontrastowaniu delikatnej ryby z bardzo mocnym kwaśno-słono-ostrym smakiem wywaru z pomidorów i imbiru. Połączenie jest świetne, ponieważ turbot bez zupy byłby zbyt delikatny, wręcz jałowy, a wywar bez dodatku łagodnego mięsa, mógłby być zjedzony tylko przez wytrawnych koneserów mocnych wrażeń smakowych. Uważam to danie za charakterystyczne i cieszę się, że miałam okazję je spróbować, ale jestem osobą, która woli mniej spektakularne doznania.
On: Danie dyskusyjne. Bardzo wyraziste, mające ostry charakter. Delikatny troć z gorzkawą przypaloną palnikiem skórą w rzec by można zupie pomidorowej, ale nie takiej babcinej, subtelnej, lecz arogancko imbirowej atakującej esencją pomidorów kubki smakowe. Danie na pokaz, wzbudzające emocje, przypominające, że jesteśmy w Atelier Amaro. Esencja smaku uzyskana z szybkiego rozmrażania długo zamrożonych pomidorów przenika troć i wypełnia podniebienie paletą smaków od gorzkawej skóry, po ogniste podrasowane pomidory i bynajmniej nie jest czyśćcem dla ducha. Rozgrzewa, pobudza, a razem z bulwą czyśćca (już tego właściwego) domyka kompozycję dania. Dla mnie to najbardziej charakterny moment tego lunchu.
Danie główne nr 2 (4 moment)
JELEŃ/SŁONECZNIK/CZARNY BEZ:
comber z jelenia w kawie z żołędzi, kawiorze z dzikiego bzu, nasionach słonecznika, posypany marynowanym zmrożonym foie gras.

Ona: Było to dla mnie najpiękniejsze danie. Nie mogłam oderwać od niego oczu. Po podaniu nam leśnych przysmaków, kelnerka posypała je zmrożonymi wiórkami foie gras, które wydobywała z czarnego cylindra. Podobała mi się jego kiczowata forma, nawiązująca do magicznych kapeluszy, z których wyciąga się królika na pokazach sztukmistrzów. Jeleń był bardzo twardy. Choć dziczyzna smakowała wzorcowo, była idealnie słona, jej aromat był podkreślony przez poszycie z dzikiego bzu, żołędziowej kawy i słonecznika, to żałowałam, iż porcja jest tak duża, bo czułam się zakłopotana, mocując się nożem z twardą strukturą mięsa.
On: Comber jest najlepszą partią tuszy jelenia i dobrze zamarynowany kruszeje. Powinien być delikatny. Podany comber na pierwszy rzut oka wydawał się właściwie wysmażony, jednak okazało się, że był nieziemsko twardy, przez co jego krojenie było kłopotliwe. Wmówiliśmy sobie, że jest to efekt zamierzony – twardy pień drzewa pośród runa leśnego – żeby nie psuć sobie smacznego do tej pory lunchu. Momentowi nie można odmówić powalającej na kolana estetyki. Prawdziwy las na talerzu. Odmówić nie można także zbalansowania smaków, które windowało do góry foie gras. Porcja była na tyle duża, że spokojnie można by ją traktować jako niedegustacyjną.
Deser (5 moment – ostatni)
GRUSZKA/LAWENDA/CYKORIA:
wędzona gruszka z faworkami z lawendy i palona cykoria.

Ona: Puszysta, śliczna gruszka dobrze wpasowywała się w całość lunchu. Miała dymny posmak, dzięki dodatkowi palonej cykorii. Jej wnętrze stanowiła delikatna, słodka pianka o waniliowym kolorze. Lawendowe faworki były lekko gorzkawe. W połączeniu z gruszką smakowały znakomicie, jednakże jedzone osobno, nie trafiały w mój gust, ponieważ były zbyt wytrawne.
On: Jak dla mnie zwyczajny deser mający na celu właściwe zamknięcie lunchu. Delikatna gruszka, którą podsycał aromat wędzenia razem z faworkami stanowiły wystarczający duet, aby uznać, że deser został zaserwowany w odpowiednim momencie i stanowi wyważone zamknięcie palety smaków, przez którą poprowadził nas zespół Atelier Amaro.
Czas spędzony w Atelier Amaro możemy uznać za udany. Liczyliśmy na wyjątkowe doznania smakowe i nie zawiedliśmy się. Obsługa była znakomita, jedyną jej wpadką było dwukrotne przyniesienie złej zastawy przez kelnerów, jednakże od razu wychwytywali oni swoje błędy i potrafili je elegancko naprawić. Uważamy, że obiad w Atelier nie powinien być dla nikogo codziennością. Sprawiłaby ona to, że przeżywane katharsis stałoby się szarą, powtarzalną rzeczywistością a nie sztuką. W tym wszystkim zabrakło nam trochę duszy. Choć dania były bajeczne, to na talerzach widzieliśmy wyłącznie naukę, sztukę, technikę. Brakowało nam w nich jednak trochę serca.

Z walentynkową dedykacją od pana Wojciecha Modesta Amaro.


środa, 7 stycznia 2015

Polska - Zakopane - Pstrąg Górski

Pisaliśmy kiedyś, że Zakopane nie ugościło nas jakością tamtejszego jedzenia. Błąkaliśmy się po jego pstrokatym centrum z nadzieją natrafienia na miejsce, w którym można byłoby dobrze zjeść. Do wejścia do restauracji Pstrąg Górski (ul. Krupówki 6a), zachęcił nas przyjazny wygląd lokalu i mnóstwo przesiadujących tam ludzi. Przyjemnie było się rozgościć przy drewnianych ławach, mając widok na tętniące życiem Krupówki.

Skoro już o przyjemnościach mowa, to zacznijmy od pozytywów. Kwaśnica serwowana w Pstrągu Górskim miała dobrze zbalansowany, kwaskowy smak. Czuć w niej było aromaty wędzonego mięsa, kapusta była dobrze przyrządzona. Cena zupy (300 ml, 7zł) w stosunku do jej smaku oraz wielkości porcji była odpowiednia. Pozytywem były też bardzo smaczne, świeże surówki (8zł), które nakładało się samemu (tylko raz), dzięki czemu można było dozować wielkość porcji oraz wybrać lubiane przez siebie warzywne sałatki. Podobało nam się to rozwiązanie z małym zastrzeżeniem, że pusty talerzyk na surówki otrzymaliśmy po przyniesieniu przez kelnerkę dań głównych. Danie mojej połówki zdążyło już porządnie ostygnąć, zanim wróciła ona z „surówkowego boju” znajdującego się na parterze restauracji. Dość przewrotnie – bo przecież byliśmy w Pstrągu Górskim, postanowiliśmy skonsumować baraninę. Ona zamówiła pieczeń baranią w sosie podgrzybkowym z kopytkami (180 gramów mięsa, 20zł), ja skusiłem się na rolki baranie nadziewane serem owczym, grillowane z ziemniakami (180 gramów mięsa, 21zł).

W tym momencie pisania recenzji zatrzymaliśmy się. Nie potrafiliśmy ująć słowami zastanej w restauracji nijakości smaku.
Otrzymałem czarne, zwęglone (nie bójmy się tego słowa) bobki, które ktoś śmiał nazwać rolkami baranimi. Były tak twarde i zbite, że z trudem można je było pogryźć, nie mówiąc już o tym, że nie reprezentowały one innych smaków poza słonością i spalenizną. Nie wspomnę już o zapachu, który nadawał daniu iście hardcorowy charakter. Nadzienia serowego w rolkach nie było, za to obok mięsa leżała sobie a muzom niczego nie przypominająca smakiem masa. W zestawieniu z tym mięsem ziemniaki były po prostu rarytasem. Śmiało mogę stwierdzić, iż było to danie, które powinno się zwać porażką. Podnosi mi się ciśnienie, kiedy pomyślę sobie o takim obiedzie, dlatego głos oddaję Jej. Byłam bardzo głodna, dlatego z utęsknieniem czekałam na zamówione danie. Nie zniechęcił mnie jego rozczarowujący sposób podania, bo miałam nadzieję na odwrotnie proporcjonalny w stosunku do wyglądu smak (nadzieja – matka głupich). Po skosztowaniu kopytek zrzedła mi mina. Uwielbiam kopytka – to danie mojego dzieciństwa. Naprawdę nie wiem co trzeba zrobić, by zepsuć te świetne, proste kluski. Nie wiem jak można ich było w ogóle nie posolić i rozgotować je do tego stopnia, by miały konsystencję rozmoczonej galarety z mąki i wody. Podobnie nie wiem jak kucharz mógł je rzucić na talerz wiedząc, iż świadczą one o nim. Podanie mi czegoś takiego po prostu mnie obraziło. Tak niesmacznego dania nie jadłam nigdzie. Pieczeń barania, która okazała się być zmielonymi, idealnie okrągłymi plastrami sinego mięsa o nieokreślonym smaku, była zupełnie jałowa. Najsmaczniejszym (ale też nieidealnym) elementem posiłku były rydze, które podano mi w „sosie śmietanowym” zamiast podgrzybków. Przynajmniej było po nich widać to, iż są to faktycznie grzyby. Nie były tak przetworzone jak pseudo-mięso w pieczeni, dlatego zjadłam je z przyjemnością w wersji soute – bez sosu, bo był on tak rzadki jak mleko i równie niedoprawiony jak kopytka. Być może stał w pobliżu śmietany, dlatego w menu został szumnie nazwany śmietanowym, ja określiłabym go mianem zabielonej wody, bo spływał po grzybach niczym górski potok po skałkach. Cieszyłam się z zamówienia surówek, bo dla mnie tylko one zasłużyły sobie na miano smakowitych.

Przystanek w Pstrągu Górskim byłby całkiem udany ze względu na klimat tego miejsca, gdyby nie fatalne jedzenie (z pominięciem kwaśnicy i surówek). Być może powinniśmy się skusić na ryby – specjalność restauracji, ale skoro w menu znajdują się także inne dania, to uważamy, że powinny mieć one choćby przeciętną jakość. Jesteśmy bardzo rozczarowani tym miejscem. Można stwierdzić, że jeżdżąc do Zakopanego, sami pchaliśmy się do jaskini bylejakości i komercji, bo przecież miasto straciło już dawno klimat górskiego kurortu, ale z drugiej strony dlaczego ludzie spacerujący po Krupówkach są uważani za gorszą kategorię turystów? Przecież zostawiają tam swoje pieniądze, przeznaczają na wycieczkę do Zakopanego swój czas, choć mogliby pojechać w inne miejsca. Byliśmy wiele razy w stolicy Tatr i zawsze spotykaliśmy się z brakiem szacunku ze strony tamtejszych restauratorów, którzy uznają chyba, iż cepry zeżrą wszystko. To smutne. Będziemy wdzięczni, jeśli ktoś poleci nam dobrą restaurację w Zakopanem, gdzie liczy się klient, a nie wnętrze jego portfela.






niedziela, 21 grudnia 2014

Polska - Kraków - Wierzynek

2010 rok to niekorzystny czas dla krakowskiej restauracji Wierzynek (Rynek Główny 15). To właśnie wtedy ta najsłynniejsza restauracja w Krakowie została pominięta w legendarnym Czerwonym Przewodniku Michelin „Main Cities of Europe 2010” i w mgnieniu oka straciła 4 komplety sztućców, którymi się szczyciła. Pojawiły się wtedy głosy m.in. Pani Ewy Wachowicz, że pomimo tego co się stało, Wierzynek pozostanie marką, która się nie zatrze. Większość krytyków kulinarnych uważała, że restauracja zasłużyła na utratę wyróżnienia przez zbyt wysokie ceny i spadającą jakość obsługi. W jeden z grudniowych wieczorów postanowiliśmy sprawdzić czy magia tego miejsca nadal czerpie z tradycji sięgającej 1364 r., kiedy to Mikołaj Wierzynek wydał ucztę dla wielu królów i książąt (m.in. Kazimierza Wielkiego) i czy Wierzynek nadal można kochać, tak jak robi to prof. Tadeusiewicz. Naszą recenzję postanowiliśmy podzielić na dwie części. Jedna dotyczy wystroju i jedzenia a druga obsługi.

Swoją podróż w stronę tradycyjnej polskiej kuchni, poprzedzoną aperitifem w postaci soku pomarańczowego (200 ml, 10 zł), rozpoczęłam w Wierzynku od barszczu czerwonego z kołdunami jagnięcymi (26 zł). Barszcz był esencjonalny, klarowny, słodki. Nie jestem zwolenniczką tak słodkiego barszczu, ale w połączeniu z doskonałymi kołdunami, tworzył on harmonijną całość. Kołduny były jędrne, idealnie ugotowane, słone, ze świetnie przyrządzoną, soczystą jagnięciną – perfekcyjne w każdym calu. Jako danie główne zaserwowano mi pierś kaczki z sosem agrestowym i ziemniakami gratin, podaną z faszerowanym kwiatem cukinii (90 zł). Mięso było miękkie i delikatne, wręcz rozpływało się w ustach. Genialnie współgrało z aromatycznym sosem. Dodatek w postaci ziemniaków gratin był bajecznie smaczny, przypieczony wierzch ziemniaczanej zapiekanki skrywał cudowne, muślinowe wnętrze. Kwiat cukinii miał delikatny środek, przypominający lekki twarożek z ziołami. Kompozycję dania uzupełniał chips z cukinii. Na talerzu nie było miejsca na przypadkowość, smak był wyważony i harmonijny, a sposób podania dania głównego zapierał dech w piersiach. Szczerze polecam tę wyrafinowaną potrawę. Czymże byłaby wspaniała kolacja, zjedzona w doskonałym towarzystwie bez zwieńczającego ją deseru? Miałam przyjemność delektować się torcikiem z malinami i białą czekoladą (16 zł). Trudno mi opisać ten deser. Ograniczę się jedynie do tego, że zasługuje on na miano istnej poezji. Jego czekoladowe wnętrze otoczone było dobrze ubitą masą, którą podkreślał malinowy sos. Świetnym dodatkiem do torciku były zanurzone w nim chrupiące cząstki, które rewelacyjnie przełamywały jego konsystencję. Kiedy po rewelacyjnej kolacji mogłam siedzieć w oknie historycznego Wierzynka z widokiem na Rynek Główny i rozkoszować się kawą Latte (12 zł), nawet zimna mżawka na zewnątrz wydała mi się mniej nieprzyjazna niż zwykle. Niesamowite wnętrze Komnaty Wyobraźni pełnej surrealistycznych obrazów Tomasza Sętowskiego, w której rozgościłam się z ukochanym, nie tylko dodawało waloru całej kolacji, ale razem z przygrywającymi delikatnie kolędami, budowało iście królewsko-świąteczny nastrój.

Podobnie jak moja druga połówka kolację w Wierzynku rozpocząłem od aperitifu w postaci soku pomarańczowego, firmy Cappy – bez komentarza. Następnie moje podniebienie miało ugościć żur gotowany na wędzonym boczku i gęsiej kiełbasie z jajkiem przepiórczym (24 zł). Był to typowy kwaskowy, gęsty żurek, w którym z łatwością wyczuć można było akcenty wędzonego boczku. Gęsia kiełbasa pokrojona w identycznej wielkości walce, okazała się być jedynym składnikiem (który trudno było przeżuć) zatopionym w dość tłustym żurze. W zupie zabrakło jajka przepiórczego. Nazwa dania jak i jego typ (żur) sugerowały, że w zupie owe jajko znaleźć się powinno. Na szczęście o moim początkowym, delikatnym rozczarowaniu szybko zapomniałem. Wyrafinowany comber z sarny i przepiórki z sosem na Soplicy porzeczkowej, podany z konfiturą z gruszki i musem z selera (115 zł) to danie główne z wyższej półki. Wielość smaków na talerzu w żaden sposób nie kolidowała z książętami tego wieczoru – sarną i przepiórką. Delikatny mus z selera w połączeniu z bardzo słodką konfiturą z gruszki, tworzyły z sarny i przepiórki danie iście królewskie. Ponadto dzięki porzeczce i chipsowi z buraka smaki kołysały się pomiędzy nutką i nutą goryczy, zeskakując z tej huśtawki doznań prosto w objęcia Soplicy porzeczkowej, która podkreślała doskonałość sarniny i przepiórki. Ucztę wieńczył także deser - kompozycja pięciu pralin przygotowana przez Szefa Cukierni (19 zł) oraz gorąca czekolada z przyprawami korzennymi (14 zł). Zestawienie idealne dla smakoszy czekolady, do których ja się zaliczam. Czekolada powstała w manufakturze czekolady restauracji, gdzie cukiernicy Wierzynka własnoręcznie tworzą, wg dawnych receptur, osobliwe smakołyki. Gęsta, gorąca czekolada o niebiańskiej konsystencji (nie wodnista, bez grudek, bez wyczuwalnych ziarenek przypraw) wraz z pralinami (do których produkcji użyto wysokiej jakości kakao) to nie tylko pyszny zapychacz ale także, moim zdaniem, jeden z lepszych deserów na romantyczny wieczór. Końcówkę naszego wieczoru uzupełniła herbata z rumem i domowej roboty konfiturą z róży (14 zł). Na szczególne wyróżnienie zasługuje delikatność konfitury, jej przyjemna konsystencja i rozpływające się w ustach płatki róż. Będąc w restauracji, zawsze dużą uwagę zwracam na zastawę. Dania w Wierzynku podane były na przepięknych, sygnowanych talerzach, na które patrzyło się z przyjemnością. Wpasowywały się one w wygląd i charakter tego historycznego miejsca. Troszkę przewrotnie – bo na samym końcu mojej kulinarnej recenzji napiszę o czekadełku, które pojawiło się przecież jako pierwsze, zaraz po zaserwowaniu nam napoju. Otrzymaliśmy dwa rodzaje chleba i masło (zwykłe i czosnkowe). Uważam, że brakowało tej przekąsce charakteru. Nie zaostrzyła ona mojego apetytu, była po prostu aż nazbyt zwyczajna i nijak nie pasująca do specyfiki tej restauracji. Na szczęście to co nastąpiło po tym wstępnym, niezbyt udanym poczęstunku nas oczarowało.

Czas na osobną, niestety mniej pochlebną część recenzji. Idąc do wyjątkowej restauracji, liczyliśmy na dobrą obsługę. Zawiedliśmy się. Powitała nas uprzejma dama w dworskim stroju, która zaprowadziła nas na I piętro restauracji. Tam minęliśmy kelnerów, z których tylko jeden nas powitał – drugi odszedł gdzieś bez słowa. Był to pierwszy zgrzyt. Zostaliśmy zaprowadzeni do stolika, po chwili zapomnieliśmy o pierwszym, niezbyt miłym wrażeniu, próbując czekadełek i napawając się pięknym wystrojem wnętrza. Kiedy otrzymaliśmy zupy, pan kelner nie poinformował nas o tym jak nazywają się dania i z czego się składają – kolejny, drobny minus. Dopiero drugi kelner podając nam dania główne, wyjaśnił z jakimi potrawami mamy do czynienia. Czas usuwania zużytych naczyń ze stolika mógłby być krótszy, ale z drugiej strony podobał nam się brak ciągłej obecności obsługi w sali restauracyjnej oraz jej nienachalność. Problematyczne jednak było to, iż kiedy próbowaliśmy złapać kontakt wzrokowy z przechodzącymi kelnerami, by któryś z nich podszedł do naszego stolika, spotykaliśmy się z obojętnością i brakiem reakcji z ich strony. Pomijając te drobne niedociągnięcia, właściwie wyszlibyśmy z Wierzynka ukontentowani, gdyby nie sytuacja jaką zastaliśmy przy wyjściu z restauracji. Kiedy ubieraliśmy się w stroje wierzchnie, dwie panie w strojach dworskich wraz z panem kelnerem, obgadywali w najlepsze jakiegoś poprzedniego gościa. Nie wnikamy w to, czy faktycznie zasłużył on na takie potraktowanie, ale już sama głośna, niegrzeczna rozmowa obsługi, niezwracającej na nas uwagi, była absolutnie nie na miejscu. Plotki na temat gościa restauracji, wypowiadane bez ściszenia tonu głosu, były dla nas po prostu żenujące. Z czymś takim nie spotkaliśmy się nigdzie – nawet w trzeciorzędnych lokalach, a przecież byliśmy w miejscu, które powinno zachwycać gościnnością i wysoką jakością obsługi. Pozostawiło to na nas bardzo nieprzyjemne wrażenie i zamiast wyjść z Wierzynka z uśmiechem na ustach, wróciliśmy do domu zniechęceni, zadając sobie w duchu pytanie: ciekawe co o nas mówiono za naszymi plecami. Nieprędko wrócimy do Wierzynka zawiedzeni jakością obsługi, jednak pod względem wystroju i jakości potraw restauracja podbiła nasze serca.














niedziela, 7 grudnia 2014

Polska - Zakopane - Kalina

Zakopane jakie jest każdy widzi. Jedni zachwycają się klimatem tego słynnego uzdrowiska, inni narzekają na wszechogarniającą to miejsce komercję. My należymy niestety do tej drugiej grupy turystów. Od czasu do czasu czujemy, że chcemy zobaczyć na nowo stolicę Tatr, a potem gorzko się rozczarowujemy jej tandetną rzeczywistością.

Zmęczeni zwiedzaniem i nachalnością sprzedawców, pragnących nam wcisnąć pseudo-owcze oscypki, chińskie pantofle i masę niepotrzebnych gadżetów rodem z Azji, postanowiliśmy zaszyć się w restauracji Kalina (ul. Krupówki 46), której nazwa skojarzyła nam się z wierszem Teofila Lenartowicza. Przaśne wnętrze lokalu niczym nie wyróżnia się spośród mnóstwa zakopiańskich karczm. Drewniane ławy, przyjemne, przytłumione oświetlenie i wesoło trzaskający kominek, tworzyły miłą, ciepłą atmosferę. Pani kelnerka błyskawicznie przyniosła nam karty, my zdążyliśmy zastanowić się nad doborem potraw i… okazało się, że w restauracji nie można płacić kartą. W związku z tą krępującą dla nas okolicznością, pozwoliliśmy sobie na zamówienie jedynie zup i herbaty. Kwaśnica na żeberkach z grzybami (14zł) nie zawojowała naszego podniebienia. Przyjemnie kwaśna, odpowiednio doprawiona. Tyle. Jej minusem był spory kawałek mięsa, który był trudny do pokrojenia. Zupa pomidorowa (6zł za 250ml) miała mocno słony smak. Z jednej strony sycąca o delikatnej, lekko kremowej konsystencji, z drugiej – wyczuwalne w niej były ulepszacze smaku, które skutecznie zabijały aromat pomidorów. Smak całkiem dobrej herbaty (Dilmah) psuł miód, który zapachem, smakiem i kolorem przypominał produkt miodopodobny. Cena filiżanki herbaty z miodem podanym w osobnym kieliszku (po wódce Sobieski) wynosiła 8zł. Restaurację polecamy osobom głodnym. Zupy były nijakie w swojej prostocie ale sycące. Ktoś poszukujący lepszych doznań smakowych, powinien udać się w inne miejsce. Zakopane nie ugościło nas tym razem jakością tamtejszego jedzenia. Być może nie wiedzieliśmy gdzie go szukać, choć z drugiej strony przykre jest to, że miasto z pozoru pełne restauracji, jest pustynią smaku. Ciąg dalszy naszych zakopiańskich kulinarnych zmagań nastąpi.




niedziela, 30 listopada 2014

Polska - Kraków - Szara

Najprawdopodobniej jesteśmy jedynymi albo jednymi z niewielu blogowych krytyków kulinarnych, którzy postanowili opisać swoje przeżycia kulinarne w restauracji Szara na krakowskim Rynku Głównym 6. Jest to tym bardziej zaskakujące, że Szara jest jedną z 19 restauracji w Krakowie, która znalazła się w przewodniku Michelin Main Cities of Europe 2014 i została wyróżniona dwoma zestawami sztućców (na pięć) za wystrój, jakość obsługi i atmosferę lokalu. Czy brak recenzji spowodowany jest nijakością jedzenia w tym miejscu? A może po prostu nikt do tej pory nie był w stanie opisać tego, co dzieje się na języku po skosztowaniu pozycji z menu Szarej? Na te pytania postaramy się odpowiedzieć w tej recenzji.

Po dokonaniu rezerwacji stolika w Szarej, postanowiliśmy, że tym razem pójdziemy na kolację z wcześniej uzgodnionym i opłaconym menu. Zdecydowaliśmy się na skosztowanie przystawek, zupy, dania głównego, deseru oraz soku pomarańczowego (1000 ml, 45 zł). Zdawaliśmy sobie sprawę, że menu jest dość obszerne. Z góry uprzedził nas o tym mistrz ceremonii krakowskiej restauracji Szara, który pracował wcześniej m.in. w Wierzynku i Cyrano de Bergerac, znawca rytuałów restauracyjnych pan Krzysztof Łabiniec. Zasugerował on, że menu jest obfite. Pierwszy wniosek jaki nam się nasunął to, to że restauracja stawia nie na ilość sprzedanych dań, a na zadowolenie klienta – duży plus za podejście. Jakość? – to zweryfikowaliśmy dopiero podczas kolacji, ale już na samym wstępie mieliśmy nadzieję, że Szara zaskoczy nas pozytywnie w kwestii smaku, a cytując Pana Krzysztofa Łabińca, serwis oznaczał będzie służbę. Klimat Szarej, mimo ujemnej temperatury na zewnątrz, rozgrzał nas już na samym wstępie. Wnętrze kochające klientów i vice versa. Prostota z nutką burżuazyjnego uniesienia. Pokierowano nas do stolika w jeszcze pustej sali, przy oknie. Widok Zary za olbrzymią taflą szkła być może nie był rewelacyjny, ale uzupełniał go Rynek Główny, który w andrzejkowy wieczór tętnił życiem. Jako gospodarz tej kolacji, pozwolę sobie zacząć od opisu moich wrażeń dotyczących zaserwowanego mi menu. Jako pierwszą przystawkę, po wcześniejszym uzgodnieniu z panią Kelnerką, otrzymałem tatara z renifera z chrzanem (39 zł). Z mięsem tego zwierzęcia miałem do czynienia po raz pierwszy i nie zawiodło moich kubków smakowych. Mięso posiekane z największą starannością, z dodatkami tworzyło harmonijną całość. Obawiałem się chrzanu, bo czasem jego ostrość wydaje się nie do zniesienia, gdyż oddziałuje nie tylko na receptory smakowe znajdujące się w jamie ustnej, ale także na nos i oczy. Powodowane jest to olejkami lotnymi, które podrażniają błonę śluzową. W przypadku połączenia zaserwowanego tatara z chrzanem nie ma mowy o egzageracji w ilości składników do wymieszania. Choć balansowały na granicy przesady, idealnie podkreślały jego smak. Drugą moją przystawką było tradycyjne foie gras z kaczki z truflami (54 zł). Rozpływający się w ustach pasztet strasburski w połączeniu z buraczkami (które niezwykle umiejętnie przemycały winny posmak) na toście to przystawka w punkt. Ponadto przypominająca smakiem musztardę krateczka (taka, jaką moja babcia ozdabiała sernik krakowski), domykała całą kompozycję estetycznie i smakowo. Przystawka była bardzo aromatyczna, lekko ziemista, dzięki dodatkowi trufli. Kolejnym daniem była zupa rybna, z której słynie Szara - à la Bouillabaisse podawana z aioli z dodatkiem szafranu i tunezyjską pastą harissa (37 zł). Sięgając do historii – Bouillabaisse była daniem prostym, gotowana z różnych gatunków ryb i owoców morza, zazwyczaj niesprzedanych przez rybaków, do której dorzucało się ziemniaków. Bouillabaisse w Szarej to danie wykwintne i syte, mimo że bez ziemniaków i nie podawane z pieczywem marette. Kiedy z trudem uporałem się z sycącą zupą i przez chwilę delektowałem się wyłącznie słodyczą mojej partnerki, na stół podano danie główne. Królik po prowansalsku z czosnkiem oraz kluseczkami ziemniaczanymi (65 zł) podane w gorących, ceramicznych kociołkach. Sos prowansalski był idealnym uzupełnieniem przysmażonych kluseczek ziemniaczanych (smakujących jak kopytka) i dodawał potrawie niecodziennego charakteru. Nasycony rozmarynem, znakomicie komponował się z delikatnym i niesamowicie miękkim królikiem. Chapeau bas dla kucharza i dla mojego żołądka, który był w stanie pomieścić tyle pyszności. Na koniec, tym razem pan kelner, przyniósł nam desery. Małe faux pas – kelner pyta dla kogo Crème Brûlée. Dwa komplety sztućców Michelin (i nasze wcześniejsze zamówienie) zobowiązują do niepopełniania takich błędów. Crème Brûlée (22 zł) był poprawny – smaczny, ale bez orgazmu na języku. Ponadto wiele do życzenia pozostawiał kolor deseru. Winien być słomkowo - szafranowy, a był o ton jaśniejszy, być może spowodowane było to użyciem mniejszej ilości żółtek jaj. Trzygodzinna degustacja zakończona. Natomiast zakończenie tej recenzji pozostawiam jej, oddając mojej ukochanej prawa narratora w tym momencie.

Co szczególnie ujęło mnie w Szarej? Profesjonalizm. Zarówno mistrza ceremonii, całej rzeszy kelnerów jak i zespołu kucharzy, którzy wyczarowali fantastyczne w mojej ocenie dania. Kulinarną ucztę rozpoczęłam od raraki, czyli: placka z wiórków ziemniaczanych podawanego z czerwonym kawiorem, kwaśną śmietaną i czerwoną cebulką (39 zł). Zaskoczyła mnie jej wielkość. Przystawka była naprawdę duża i pomimo tego, że przyszłam do restauracji głodna, zdołała mnie konkretnie nasycić. Wiórki ziemniaczane były bardzo chrupiące i smaczne, nie stawały się rozmiękłe, a cały czas utrzymywały przyjemną konsystencję. Dodatek kawioru z łososia, cebulki i wysokiej jakości śmietany, wspaniale uzupełniały danie. Drobnym minusem było to, iż raraka była smażona na głębokim tłuszczu (czułam smak oleju), ale całość była bardzo harmonijna i efektowna w smaku. Oprócz przystawki zjadłam też połowę zupy rybnej à la Bouillabaisse (29 zł). Danie było przyjemnie słone, z wyraźną, rybną nutą. Moim zdaniem połówka zupy spokojnie zdołałaby nasycić głodomora. Była bardzo gęsta, treściwa, z ogromną ilością soczystych kawałków ryby. Moja „mała” porcja była naprawdę duża. Porcja mojego Lubego miała wielkość wazy. Ilość nie do przejedzenia dla przeciętnego człowieka, dlatego polecam zamawiać połówkę tej świetnej zupy. Jako danie główne wybrałam wątróbki gęsie z jabłkiem, cebulą, purée ziemniaczano - pietruszkowym i sosem porto (59 zł). Danie było wykonane poprawnie. Wątróbki cechowały się delikatną strukturą, świetnie komponowały się ze słodkim sosem porto. Purée ziemniaczano – pietruszkowe było odrobinę za chłodne, ale odpowiadała mi jego konsystencja musu. Przyjemnie rozpływało się na języku. Na szczególne uznanie zasługuje konfitura cebulowa. Jej delikatna słodycz wspaniale uzupełniała danie i podkreślała jego delikatny charakter. Ubolewam nad tym, iż deser jest zawsze zwieńczeniem wieczoru, a nigdy przystawką. Gdybym dostała ciastko czekoladowe (22 zł) jako pierwsze, to pochłonęłabym je w całości, łącznie z niegrzecznym oblizaniem talerzyka. Ciastko było wspaniałe, mocno czekoladowe, ciężkie, nie za słodkie. Idealnie wyważone. Rozpływało się w ustach, zostawiając po sobie fantastyczną, kakaową nutę. Deser był otoczony konfiturą z borówek, która podkreślała jego czekoladowy smak. Po obfitej kolacji zdołałam zjeść jedynie połowę ciastka, oddając resztę z bólem serca mojemu Czekoladożercy, który delektował się nim z uznaniem.

Andrzejkowa kolacja w Szarej była bardzo udana. Ujął nas profesjonalizm obsługi restauracji, pozytywnie zaskoczyła wielkość porcji (choć nie byliśmy w stanie zjeść wszystkich dań do końca). Potrawy były stworzone z pietyzmem, porcje na talerzach wyglądały pięknie – wszystko było dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Szczególnie ujął nas tatar z renifera – był znakomity. Obawiałam się surowego mięsa, ale kiedy mój Mężczyzna dał mi spróbować tej przystawki, zakochałam się w niej. Drugim objawieniem było ciastko czekoladowe. Już wiem, że będę na nie zabierać mojego Lubego, kiedy coś przeskrobię. Ten genialny deser na pewno zmiękczy jego serce. Przepraszamy za fatalną jakość zdjęć. Nie chcieliśmy się rzucać w oczy dużym aparatem, dlatego fotografowaliśmy dania Xperią Z, co było dużym błędem, bo choć potrawy prezentowały się pięknie, to fotografie nie odzwierciedlają ich uroku.











wtorek, 25 listopada 2014

Włochy - Rzym - Kasztany na Placu Hiszpańskim

Gdzie znajdziemy najlepsze kasztany? Zapewne na Placu Pigalle, znanym na całym świecie nie tylko z kasztanów ale i z zagęszczenia domów publicznych. Niestety do Paryża nie udało nam się jeszcze dotrzeć, dlatego orzechów kasztana jadalnego skosztowaliśmy na rzymskim Placu Hiszpańskim. Kiedy tylko zobaczyliśmy brązowe, pieczone kuleczki, uznaliśmy, że musimy ich zasmakować. W cenie 5 euro otrzymaliśmy malutki, papierowy rożek, wypełniony gorącymi kasztanami. Nasze odczucia smakowe były do siebie zbliżone. Dla mnie kasztany smakowały jak surowa, gorąca, słodkawa, twarda fasola. Były mączne i zapychające. Zjedzenie dwóch orzechów uważałam za spore wyzwanie. On określił je jako mdłe, dość suche, charakteryzujące się zbitą strukturą. Stwierdził, że jest to ciekawa przekąska, ale myślał, iż kasztany są smaczniejsze. Później jedliśmy przetworzone kasztany w postaci ciastek lub konfitury, ale grochowy posmak tych produktów zupełnie nam nie odpowiadał. Nie możemy stwierdzić, czy kasztany serwowane w Rzymie, były przyrządzone zgodnie ze sztuką kulinarną, nie mając innego punktu odniesienia. Pieczone orzechy z Placu Hiszpańskiego nie przypadły nam do gustu, ale jeśli uda nam się znaleźć gdzieś jeszcze te przekąski, to na pewno ich spróbujemy. Być może zweryfikujemy wtedy naszą negatywną opinię na temat jadalnych kasztanów.